Otaczała ją piękna noc, księżycowe światło i blask żółtej latarni wpadał do pokoju, przez odsłonięte okna. Temperatura powietrza przypominała raczej mroźny poranek, aniżeli majowy wieczór. Wraz z zachodem słońca budziła się. I on też się obudził. Niebiańska krew znów zaczęła płynąć w martwych ciałach, głód stawał się coraz silniejszy. Wieczorem wszystko wraca, ze zwiększoną siłą i intensywnością. W ręku miała lampkę białego wina, półwytrawnego. W drugiej ręce goździkowy papieros o smaku whisky. Paliła jeden za drugim, najseksowniej jak tylko umiała.
Była tak cholerną idiotką. I on też był idiotą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz